I z głowy

Ja to jednak czasem umiem zrobić coś mądrego. 4 dni i po problemie.

Craziness

Detoks mózgu potrzebny od zaraz.

Niekontrolowany gniew w oczach. Potem rozpacz. Smoki z serca.

Spalone cudze serce. Efekt tragikomedii w mojej głowie.

Ta ogromna potrzeba niszczenia…

By uciec, zakończyć.

By zlikwidować problem i zagrożenie.

Tak konieczny koniec. Koniec w mojej głowie.

Jak uciec i nie porzucić?

Love for Life

Miłość w moim życiu to temat numer jeden. Kocham żyć, pracować, tulić, rozmawiać, dotykać. Rzeczy i ludzi. Od niedawna odkryłam, że dobrze jest słuchać.
Słuchanie to rzecz trudna. Trzeba słuchać, a nie układać odpowiedź. Ze dwa miesiące zajęło mi opanowanie też sztuki. I wtedy stał się cud! Okazało się, że z każdym można się porozumieć. Co więcej, nie trzeba czuć się dotkniętym, bo słyszymy prawdę.
Kolejny bonusik – uważamy na słowa, bo pogłebiamy wiedzę o ich mocy.
Zmieniam się nieustannie. Codziennie jestem inna niż byłam wczoraj.
Słucham muzyki, czytam książki, rozmawiam z ludźmi. Mniej pracuję. Czas zapełniam ludźmi.
Kocham. Czasem do granic nieprzyzwoitych, czasem niebezpiecznie zatracam się. Czuję, że żyję. Jutro pomyślę o rozsądku. Tylko jakiś głos z tyłu głowy wciąż namawia do powrotu do strefy komfortu. Nic z tego. Będę dalej kochać, tulić, rozmawiać, zmieniać się. Wszak nie wiemy, ile dni zostało.

Kontakt z żoną PILNIE nawiążę

Pewna wariatka nakrzyczała dziś na mojego Męża. Na Jej nieszczęście, on był jej oddanym pracownikiem. Już nie jest. Tzn. nadal jest pracownikiem, ale już nie oddanym.
Powinno być w umowie o pracę, że w sytuacjach trudnych szef powinien najpierw dzwonić do żony po instruktaż, a tak to pozamiatane.
Ja bym jej od razu powiedziała, że na mojego męża się nie krzyczy. NIGDY.

O wierności i pracy

Miłość międzyludzką i pracę łączy wiele w moim odczuciu. To dlatego nie ufam osobom, które co roku zmieniają zajęcie czy firmę. Czy słusznie?
Z jakich powodów ludzie co roku zmieniają pracodawcę?
Konflikty personalne? To ja podziękuję za jednostkę aspołeczną.
Za niska płaca? Przecież na starcie chyba o tym rozmawiali?
Znudzenie? Po roku? Sorry, ale przez rok to nawet nie ma mowy o poznaniu branży czy filozofii firmy, a gdzie nuda.

Wychodzi na to, że są to w większości osoby niestabilne emocjonalne. Takie, dla których trawa po drugiej stronie płotu jest zawsze bardziej zielona. Prywatnie i zawodowo mówię „nie”.

Pół roku

Tyle można nie pisać nic na blogu i spokojnie żyć. Co prawda, nie wiem, ile moje życie ma wspólnego ze spokojem, ale załóżmy, że cokolwiek.
Jako że znam choć jedną osobę, która wieści dotyczące mojego życia pobiera z tej przestrzeni w sieci, to piszę – Asiu, żyjemy! Zadzwoń czasem, napisz, bo tu już raczej nie zajrzę za często.
Bo ja mam tak w życiu, że wszystko, co robię, ma mi dawać radochę i/lub kasę. Na wszystko inne czasu nie marnuję, bo mam go za mało, by marnotrawić.
Porzucam więc to, bez czego mogę się obyć. Bez żalu. Tak jak skasowałam cięzko wypracowane konta na grach FB. Farmville? Treasure Island? Pamięta ktoś?
Mam obsesję, że życie mi ucieka, a zostało mi go niewiele. Wokół „wszyscy” (tak, mam takie niedorzeczne poczucie osaczenia) chorują na raka i umierają. A moje tygodnie skladają się z od lat z poniedziałków i piątków. Jutro piątek. Odnotowałam jak zawsze.
Więc stoję na rozdrożu, rozdarta, jak co roku. Zwolnić i się delektować? A może jeszcze przyspieszyć i robić, ile życie i zdrowie pozwolą? Ile Bóg da?
Bóg. Dla Niego też czasu brak. Jak i dla innych przyjaciół. Mam nadzieję, że mi wybaczą. Mam ADHD umysłowe. Może i źle wybieram, ale przygody i wyzwania bardziej mnie kręcą niż spotkania międzyludzkie. Lubie tworzyć. Nie lubię rozmawiać. Na co mi taki wielki abonament telefoniczny? 800 minut? Z kim? Kiedy? Po co???

I tylko dzieci żal. Ula prosi, żebym nie szła do pracy. Nie da się w moim zawodzie. Pójdę na wagary, to zaraz zauważą.

Ale obiecałam. Sobie. Pewnie nie dotrzymam, ale plan jest. Od września tylko po południa.

Ale od września też i 3 projekty plus kurs egzaminacyjny. Do tego chciałabym do Wrocławia, na podyplomówkę.

No mówię przecież, że nie dotrzymam.

Boże, proszę, daj siłę, daj czas. Nie zaskakuj. Pozwól jeszcze rok spokojnie spełniać marzenia. Z góry dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość.

Bul, bul, bul

słychać radosne bulgotanie w kaloryferze. Dwa dni temu szukałyśmy z Ulą pożółkłych liści. Dziś kupiłam chustkę na szyję i jesienne buty na nogi. Zimno idzie, znaczy się.
A ja w transie byłam, lecz po woli z niego wychodzę. Mogę powiedzieć, że kolejna akcja pt. rekrutacja zakończona, jeśli chodzi o mój grafik. Pozostało jeszcze kilka grup do obsadzenia, ale wnioski jak zawsze te same… Aż nie chce mi się pisać, bo mnie szlag trafia.
W każdym razie, z mojego wcześniejszego planu póki co realizuję CLIL i Comeniusa. Byłoby szybciej, gdyby nie urocza ustawa o wychowaniu przedszkolnym, która zabroniła (?) organizowania zajęć w przedszkolach. Na jej temat oraz o samych autorach napisałam już z tysiąc słów na FB, więc nie będę się powtarzać, bo w pracy przecież nie jestem, żebym musiała na trzy różne sposoby mówić to samo ;)
W każdym razie, dzięki ministerstwu, w którym Szumi Las, jestem z niektórymi sprawami w czarnej dupie decyzyjnej. Poczekam do końca tygodnia, bo co innego mam robić. A potem się wścieknę.
Zmieniając temat, bo podobno nie samą pracą człowiek żyje (jasne, we wrześniu??), dzieciom też nalezy poświęcić kilka zdań. Dziś będzie o Uli, bo choć Leoś robi większe postępy, to Ulcia jest gwiazdą ostatnich dni.
Moja córka postanowiła rzucić pieluchy. Do tego stopnia jest w tym niezła, że choć w pieluszce, to jednak woła. Ona jest inna niż normalne dzieci. Jak ma majtki, to czasem sobie radośnie w nie siknie. Jak ma pieluchę, to biegnie i sama się obsługuje w toalecie. Ja pierdziu…
Ponadto, dziś odbyła radosne spotkanie z Ciocią Izą od Minek, czyli logopedą. Mój maż, człowiek wielu zalet, niestety ma również wady. Genetyczne. Rodzinne. Szwagierka to najlepszy przykład… O szczękach piszę przecież ;) Otóż, mają rodzinny tyłozgryz i spore problemy laryngologiczne. Ale nogi mają długie i smukłe to brałam. Zatem Ula i owszem, nogi ma w zasadzie ładne, ale szczęka już mnie nie cieszy. Poprosiłyśmy Ciocię Izę od Minek o opinię.
Zasób słów i sposób wysławiania się: ponad przeciętny jak na swój wiek (tez mi nowość ;P)
Wargi OK
Lekki tyłozgryz
Brak pionizacji języka.
Cała reszta też piękna, więc teraz nie pozostaje nam nic innego, jak ćwiczyć oblizywanie ust. Fantastyczne zadanie jak się weźmie do tego syrop klonowy :) I rzucić butelki w kąt, ale to też już dziś wprowadzone. Ula musiała dorosnąć do bardzo wielu spraw. Tym samym udowodniła mi, że NAPRAWDĘ to dziecko ma decydować, KIEDY i CO. Nie ciocie, babcie i wujkowie.

Ja naprawdę jestem stuknięta!

Wiedziałam, że kiedyś nastąpi dzień oświecenia. Wiedziałam, iż mimo całego uwielbienia dla samej siebie, bo w końcu każdy z nas musi być egocentrykiem obłudnym, by w ogóle móc sam ze sobą żyć, dojdę do momentu, gdy nie znajdę już uzasadnienia dla swoich czynów. Jestem zatem stuknięta, bo nikt normalny nie utrudnia sobie tak życia.
Znajoma napisała ostatnio, że sprzedała kozę. Nie żywą, ale taką z żartu, kto zna, to pamięta. O Żydach taki kawał, w każdym razie. Ona sprzedała i Jej lżej, ja sobie właśnie kilka „kupiłam” i łeb mi pęka od nadmiaru myślenia.
Oto moje plany na najbliższy rok szkolny:
Wdrożyć CLIL
Wejść w dwa projekty unijne
Zebrać dwie ekipy Comeniusowe, które z bożą pomocą złożą szczęśliwe wnioski i dostaną fundusze na projekty. Również unijne.

Przy okazji zupełnie chciałabym dalej w miarę ogarniać zajęcia lekcyjne oraz dom z dziećmi na czele.

Jak pomyślałam o tym wszystkim wczoraj w nocy, to lekko się przeraziłam. Od rana wzięłam się do pracy w efekcie czego 1/5 planów pierwotnych już zrealizowana. Niestety, dalej tak łatwo nie będzie. Ale dam radę.
A po latach usiądę i pomyślę, że fajnie było przeżyć tyle, że można by obdzielić kilka osób.

14 sierpnia, półtora dnia od zmartwychwstania

Jakby nie było, zostały mi dwa tygodnie wakacji. Boli. Boli bardzo. Gdybym miała ich 14 dni, to pewnie bym się nie przyzwyczaiła, natomiast dwa miesiące robi wrażenie! Rozleniwia, ustawia na nowo tryb dnia, daje nowe możliwości.
Przyzwyczaiłam się do moich dzieci. Przez pierwsze dni miałam ochotę wysłać je na księzyc, ale z czasem okazywało się, że one są naprawdę w porządku, jakkolwiek to brzmi. Teraz dogadujemy się świetnie, nie nudzimy się razem, mało kłócimy (no dobra, dziś Ula broniąc mnie przez wyrywającym z miłości włosy Leosiem walnęła go prosto w dziób… nie trafiła w rękę, ot co!).
Zatem wakacje w pełni :) Byliśmy nad morzem, w górach, na kilku wycieczkach poza miasto. Miał być jeszcze wypad do Wielkopolski, ale!
Wraca mój mąż do pracy. Zasiada za biurkiem. Wzywa po kolei tych, co to wezwać należy, jednym pochwałę,innym opr, no, wiadomo – szefunio wrócił i robi remanent. I tak oto w ramach „podzięki” za mocną krytykę, przytargał nam do domu rotawirusa.

….
Jesteśmy własnie po pierwszej rodzinnej zarazie, która śniła mi się po nocach w najgorszych koszmarach.

….
To może ja powiem męzowi, żeby on już nikogo w tym roku nie ochrzaniał..?

Jak co roku o tej porze

obiecuję sobie, że popracuję.
I jak co roku o tej porze czas ucieka mi przez palce.
Ale póki co, nie panikuję, dziś 10 lipca, czyli mam jeszcze dwa miesiące, by się ogarnąć. Na razie to mam wirusa w gardle i w nosie, katar się leje, ja mam ochotę wlać w siebie butelkę suropu, byle tylko uwolnić się od dziadostwa. Że też katar tak szkodzi na zycie.
Zaraził mnie kto? Dzieci. Własne, piersią wykarmione, żmije jedne! Zawsze mnie zarażą.
Zmora i przekleństwo w mojej wyobraźni? Zbiorowa jelitówka. To by było coś. Nawet już zastanawiałam się, jak bym to miała logistycznie rozwiązać, skoro mamy jedną toaletę, jeden nocnik i jedną miskę….

I nic z tego myślenia nie wyszło, więc pocieszam się, że moze nigdy nie będę musiała tego przeżyć. Bo to nawet logistycznie jest nie do ogarnięcia.

Ale zmieniając temat – byliśmy na wakacjach tygodniowych nad morzem. W ramach doświadczeń Ula miała kleszcza. Poza tym, wróciliśmy wypoczęci, dzieci umieją spać razem w jednym pokoju, Ula umie urządzać histerię i sikać na nocnik, a Leo łobuzować. Czyli łupy były.
Za kilka tygodni wypad w drugą stronę Polski i aż się boję, jakie zdobycze cywilizacyjne moje dzieci w sobie wykształcą. Nawet nie liczę na to, że będą to akurat te, na których mi szczególnie zależy.
Fajnie mieć dwoje dzieci. Człowiek przestaje się przejmować ich rozwojem. A zęby idą? Pewnie czwórki. O, wyszły? No to git. Wszystko przychodzi naturalnie, niezauważalnie, bez pompy. Tylko czasem posprzątać trzeba.